Hotele na Wakacje

Rodos z dzieckiem hotel Delfinia Kolymbia (Kolympia)

Sprawdzone przez Coroner.pl
data: 2010-01-07 | kategoria: Relacje
Rezerwacja hoteli
Rodos z dzieckiem
(czerwiec 2010)

Wyspa Rodos jako miejsce do zwiedzania i wypoczynku interesowały mnie od dłuższego czasu – niemniej w poprzednich latach jakoś nie mogliśmy znaleźć nic odpowiedniego pod kątem cen w last-minute więc wcześniej „zaliczona” zastała Kreta i Zakynthos. W tym roku (2010) ceny przed szczytem sezonu (początek czerwca) bynajmniej także nie były zachęcające, niemniej chyba ze względu na ulewy i powodziową pogodę poszły wściekle w górę i oferty Last Minute w tym okresie były niemal 1,5 raza droższe niż w poprzednich. Niby w Grecji kryzys, kolejne związki grożą strajkami ale Polacy mają tak strajki we krwi, że bynajmniej im niestraszne. Ostatecznie kupiliśmy w tym roku (1,5 raza drożej) niż zwykle wakacje na Rodos (inne greckie wyspy wcale taniej nie były), tym razem w wersji all-inclusive (a to ze względu na świeżego 8-miesięcznego turystę w rodzinie).

Wakacje z dzieckiem

Małe dziecko na wakacjach może pewnie być problemem, niemniej moim (czy też naszym: rodzinnym) zdaniem dziecko generalnie może być dla kogoś problemem niezależnie od miejsca pobytu, a taki wyjazd jest rozwijający dla niego na tyle, że warto zaryzykować trochę niewygód. Oczywiście nie rozważaliśmy nawet krajów z inną florą bakteryjną jak Egipt, ale Grecja jest na tyle europejska (i cywilizowana), że ryzyko problemów natury pediatryczno-medycznej jest ograniczone. Niemniej przy wyrabianiu kart EKUZ NFZ stwierdził, że stworzy trochę papierologii i problemów związanych z dzieckiem - żeby nie było za łatwo. Otóż nie wystarczy, że oboje rodzice mają druki RMUA, a 8-miesięczne dziecko jest wpisane do książeczki zdrowia – potrzebny jest jeszcze dodatkowy druk z ZUS podbity przez pracodawcę – przecież wcale nie jest oczywiste, że skoro oboje rodzice są ubezpieczeni to 8-miesięczne dziecko też będzie...

Przelot Dzidziuś odbył we śnie trochę marudząc przed startem (zmęczony ze względu na długą odprawę, opóźnienia itp.) ale sam start jedynie go zainteresował, a nie np. przestraszył. Zresztą podobnie było z lądowaniem – jak się przetrwa wielogodzinne odprawy, czekanie, kolejki itp. to sam lot nie jest problemem. Tak na marginesie – w wyczarterowanym samolocie leciało całkiem sporo rodzin z małymi dziećmi, przy powrocie rezydentka prosiła nawet, żeby takie rodziny przepuścić jako pierwsze przy odprawie, aby nie męczyć dzieci staniem w kolejkach do bramek. Efekt tego był taki, że rodziny z dziećmi zbierające się troszkę wolniej z autobusu transferowego, i tak stały na samym koniuszku kolejek... bo przecież żaden Polak nie puści innego przodem. Któraś z mam stwierdziła, że o to powinni zadbać rezydenci, ale moim zdaniem to jest kwestia ludzkiej kultury – a Polakach jeszcze tu napiszę...

Na Rodos Dziecko sprawowało się praktycznie wzorowo. Pewnie sporo zależy od konkretnego dziecka, ale mój Synek uwielbiał basen, nie bał się morza (i fal), a słońce czy wiaterek specjalnie Mu nie przeszkadzały. Co prawda nie jesteśmy typowymi polskimi rodzicami, tzn. nie mieliśmy ze sobą wózka – dziecko podróżowało w nosidle, przewiewniejszym niż np. chusty, ale marudzenia ze względu na zmęczenie, senność czy głód nie było więcej niż w domu, a mam wrażenie że i mniej, bo i innych ciekawych rzeczy dokoła było sporo. Jedyne co się dawało we znaki to dłuższe podróże samochodem na drugi koniec wyspy – fotelik samochodowy na tylnym siedzeniu nie jest przecież ani przewiewny ani specjalnie wygodny (nawet jeśli bezpieczny).

Generalnie należy przyjąć, że jeśli ktoś ma zamiar wychować dziecko na małego turystę to obranie 8 miesiąca życia dziecka za początek wojaży to nie jest jakoś bardzo wcześnie. Oczywiście wszystko zależy od samego malucha (i rodziców), nic na siłę – gdyby Syn okazał się niewspółpracujący pewnie ograniczylibyśmy nasze eskapady do minimum, ale chyba odziedziczył ciekawość świata po rodzicach ;) Nie wspominając o tym, że zaczął raczkować właśnie na wyjeździe...

Hotel

Jako zakwaterowanie wybraliśmy sobie hotel Delfinia w miejscowości Kolymbia (Kolympia) na wschodnim wybrzeżu Rodos, mniej więcej w połowie północnej części wyspy (25km od miasta Rodos i 25km od Lindos położonego w południowej części wyspy). Wschodnie wybrzeże Rodos to w większości piaszczyste plaże (w przeciwieństwie do zachodniego) i do tego morze o 1-2 stopnie cieplejsze. W Kolymbii były w sumie dwie plaże – większa w północnej części miasta, piaszczysta, oraz mniejsza – żwirkowa z łachami piasku, ale znacznie mniej oblężona i schowana nieco między dwoma skałami, na południu. Niemniej obie wyróżnione zostały Błękitną Flagą - wyróżnieniem nadawanym kąpieliskom, które spełniają najwyższe światowe standardy w kilku kategoriach, m.in. czystości wody i bezpieczeństwa. Pomiędzy plażami znajduje się „kalafiorowaty” skalisty półwysep schodzący urwiskami do morza – ponoć jest to ciekawe miejsce do nurkowania. Ja nurkowałem jedynie na mniejszej plaży i nie ma tam szczególnych atrakcji jeśli chodzi o podwodne widoki (marnych kilka rybek między skałkami).

Wracając do hotelu – Delfinia w katalogu Itaki miała 3+ gwiazdki, natomiast gdy dojechaliśmy miała już ich 4. Generalnie w hotelu było czysto i schludnie, nawet jeśli nie perfekcyjnie (obrusy w restauracji zmieniane „co jakiś czas”, nieczyszczone foteliki dla dzieci) to jednak na poziomie. Pokoje były odnowione i sprzątane, jedzenie smaczne, a obsługa (co dla wielu bardzo ważne) w większości mówiła przynajmniej łamaną polszczyzną. Dużą część obsługi stanowili Polacy, Czesi (Słowacy?) i Rosjanie (ew. mówiący po rosyjsku mieszkańcy dawnych republik ZSRR) i taki też był generalnie przekrój gości – prócz kilku Niemców i prawdopodobnie Brytyjczyków 90% gości było z Europy Środkowo-Wschodniej. Jedyną opcją w hotelu było all-inclusive, więc żadnych opasek nie trzeba było nosić chodząc do baru i na posiłki. Hotel reklamuje się jako przyjazny dzieciom – i w sumie taki właśnie był – choć w trakcie naszego tygodnia pobytu i rozkręcającego się stopniowo sezonu krzesełek dla małych dzieci w restauracji zaczynało brakować.Dodatkowo był tam placyk zabaw, a polskie panie-animatorki mogły odciążyć rodziców i zająć się kilkulatkami na pewien czas w ciągu dnia. W ramach oferty hotelu była też możliwość zagrania w minigolfa czy pingponga, a na basenie w określonych godzinach odbywały się mecze piłki wodnej (nazywanej szumnie water-polo, w którą zresztą grali głównie lekko narauszowani Polacy, których rechot strącał liście z drzew). Do plaży trzeba było przejść w sumie nieduży kawałek, niemniej drogą, co mocno ograniczało wielu polskich „turystów” (może dlatego mniejsza plaża nie była taka pełna).

Jeśli chodzi o basen przy hotelu, to był całkiem głęboki i spory – nie mam pojęcia czy hotel w tym okresie miał pełne obłożenie - ale zwykle było trochę miejsca, żeby samemu się popluskać. Brodzik też nie był mały i jak na takowy dosyć głęboki (8-miesięczniak nie dostawał nogami do dna nawet przy zanurzeniu po szyję). Oba zbiorniki raczej czyste, choć ozonowanie (czyli zakaz kapieli) rozpoczynało się już o 18 – trochę wcześnie, nawet biorąc pod uwagę, że de facto nikt o 18.05 kijem z basenu nie wyganiał.

Jedzenie jak już wspomniałem było smaczne i całkiem urozmaicone, choć mam wrażenie, że niektóre z potraw były „wspomnieniami” dnia poprzedniego zapiekanymi w innej formie. Ale generalnie nie ma na co narzekać – oczywiście znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że codziennie na śniadanie było to samo, a wędlina była beznadziejna. Przyznam, że w domu moim śniadaniom daleko do takiej różnorodności jaka trafiła się w Delfinii (podobnie jak i w większości innych hoteli), ale cóż tez można wymyślić oryginalnego na śniadanie, natomiast wędlina... jest beznadziejna w całej Grecji czy wręcz w całej południowej Europie. Do śniadania zawsze był też serwowany boski podsmażony boczuś (osobno od jajek), więc i niedobór cholesterolu można było uzupełnić. A dla uspokojenia sumienia wrzucić mu do towarzystwa trochę przepysznych południowych pomidorków, które dojrzały w słońcu, a nie pod lampą. I przez całą godzinę pomiędzy kolejnymi 5 posiłkami (breakfast, late-breakfast, lunch, teea/coffee-time, dinner) pozwolić sobie na trawienie. Przyznam, że najciekawsze dla mnie były dania lunchowe, jako że zwykle oferowano przynajmniej jedną potrawa z grilla (souvlaki, duszona baranina lub pieczony kurczak itp.) które były przyrządzone naprawdę wyśmienicie. Jedno czego mi naprawdę zabrakło w Delfinii, to brak frappe wśród serwowanych napojów– oczywiście jakaś tam w miarę znośna (choć z proszku) kawa była, ale tylko na gorąco, a Grecja to jednak ojczyzna frappe (której podobnie jak Grecy jestem wielbicielem).

Z przydatnych uwag dodam, że w hotelu jest darmowy internet bezprzewodowy, a w holu komputer z którego można za darmo skorzystać np. przy samodzielnym planowaniu wycieczki czy wyborze dojazdu, miejsc do zwiedzenia.

Wyspa i zwiedzanie

Od razu chciałbym zaznaczyć, że wszystkiego co możliwe na wyspie nie zobaczyliśmy (tylko tydzień pobytu i z małym dzieckiem) i pozostał nam pewien niedosyt. Ale w sumie najważniejsze i najciekawsze tzn. Rodos Old Town i Lindos zwiedziliśmy, a podróżując wzdłuż i wszerz wyspy wyrobiliśmy sobie ogólne pojęcie na całą resztę.
Porównując np. do Krety wyspa Rodos jest bardzo zielona – lasy piniowe porastają całe jej wnętrze, a góry nie są aż tak strome, skaliste i trudno dostępne jak na Krecie. Dotyczy to zarówno krajobrazu jak i, że się tak wyrażę,mieszkańców... Na Krecie (w zachodniej części) wystarczyło odjechać 5 km od wybrzeża a już można było mieć problem z dogadaniem się po angielsku, niemniej autochtoni zwykle byli bardzo serdeczni, więc na migi za 1/3 cen kurortowych frappę zawsze się zamówiło. Na Rodos infrastruktura turystyczna jest znacznie bardziej bogata, choć widać też sporo upadłych sklepów/firm/wypożyczalni turystycznych – i to jeszcze z okresu sporo przed kryzysem. Poza tym nawet w wioskach w głębi wyspy w tawernach zwykle ktoś mówi po angielsku, frappe jest też tańsza (1,5 euro zamiast 2,5 na wybrzeżu), ale może tez na taką akurat trafiliśmy. Konkretnie była to tawerna Bakisa Manolisa w Embonas u podnóża najwyższego masywy górskiego na Rodos - Attaviros. A o sympatyczności mieszkańców niech świadczy fakt ,że nasze wyszczerzone dziecko dostało na wstępie jako gratis skaczącego króliczka – zabawkę.

Jeśli chodzi o zwiedzanie wyspy, to z całą pewnością i czystym sumieniem należy polecić Stare Miasto w Rodos. Jest dość mocno oblegane przez turystów i główny deptak jest do granic napakowany wszelkimi nacjami, ale Old Town jest na tyle duży, że można pospacerować spokojniejszymi bocznymi małymi uliczkami (trzeba tam uważać na skutery czy nawet samochody – osobiście nie wiem jak one się tam mieszczą, co prawda poobijane ale śmigają). Te małe uliczki z często sypiącymi się trochę domkami (drzwiami, okiennicami itp.), a także odgłosami życia rodzinnego, muzyką, śmiejącymi się do dziecka babciami w niektórych domach – to wszystko naprawdę ma swój klimat. Miłośnicy historii (archeologii/średniowiecza/zakonów itp.) także znajdą tu swoje perełki – poczynając od całkiem dobrze zachowanych umocnień i murów, aż po sam Pałac Wielkich Mistrzów. W pałacu co prawda spadł kawał reprezentacyjnych blanek znad głównej bramy i znając Greków remont potrwa dłuższy czas (wejście jest „od kuchni”), ale także i tam jest co oglądać (w podziemiach jest wystawa antyczna, a na pięterku pomieszczenia z ekspozycją związaną z Joannitami – co prawda bardziej współczesna niż same mury, ale Turcy pewnie niewiele po zakonnikach zostawili). Tak na marginesie trzeba przyznać że Mussolini ze swoimi wybujałymi imperialistycznymi fantazjami może i ocierał się o szaleństwo, ale przyczynił się przy okazji do odbudowy całego mnóstwa zabytków – także na Rodos (zamek Joannitów czy akropol na Lindos a pewnie także inne zabytki zaczęły w ogóle być podnoszone z guzów dopiero za okupacji włoskiej, a po wojnie bardzo długo jeszcze nikt nie chciał kontynuować dzieła). W Rodos polecam także obejrzenie starszej części portu z tradycyjnie rzekomym miejscem gdzie stał Kolos Rodyjski(w rzeczywistości na pewno nie stał rozkraczony nad wejściem do portu) – są tam budynki po wiatrakach i posągi dwóch jeleni na kolumnach, z których jednego w zeszłym roku nie było, dla uspokojenia – teraz stoi.

Lindos jest drugim miejscem wyspie Rodos, którego nie można ominąć. W tym wypadku jest to ufortyfikowany akropol (płaskowyż na skale) o pięknym położeniu, z czasów antycznych (choć fortyfikacje są znacznie przebudowane przez Joannitów). Nie jest na pewno ani tak duży, ani tak bogaty, ani też tak zachowany jak np. ten w Atenach, niemniej robi wrażenie. Głównie ze względu na położenie i widok na spory kawałek wybrzeża, oraz malownicze miasteczko Lindos u podnóża, bo na szczycie pozostałości antyczne (oraz bizantyjskie) są średnio zachowane, choć nie jest to też tylko kupa rozrzuconych kamieni jak w przypadku niektórych greckich zabytków. Z kolei odrestaurowywanie tego kompleksu idzie Grekom tak jak wiele innych rzeczy – powoli... Z ciekawostek - wokół akropolu Lindos krąży sporo polujących sokołów/jastrzębi (ornitologiem nie jestem), a na samym akropolu można spotkać ciekawe motyle (z których zresztą Rodos słynie, choć byliśmy jeszcze sporo przed sezonem). Poza tym wypadło nam przewijać niemowlaka pod ścianą doryckiej świątyni Ateny na akropolu – niemniej nie jest to stała atrakcja w tym miejscu ;) Schodząc z akropolu polecam przejść się bocznymi uliczkami miasteczka Lindos (tzn. nie głównym szlakiem obłożonym straganami z wyrobami „lokalnymi” z Chin). Nie ma tu nawet skuterów, czasem zdarzają się tylko przewodnicy z osiołkami (nieco zalatującymi, ale przecież wchodząc samemu ktoś mógłby się spocić – więc jest zapotrzebowanie), a bielona i kameralna zabudowa Lindos naprawdę ma swój klimat (choć okiennice i drzwi nie są malowane na niebiesko). Pomiędzy zabudową „nową” zdarzają się też jeszcze budynki czy ich fragmenty kamienne, niebielone, za to często rzeźbione i posiadające kawał historii za sobą.

Poza miastem Rodos i Lindos odwiedziliśmy jeszcze zamek (w sumie pozostałości) w pobliżu Kritinii na zachodnim wybrzeżu. Są to ruiny twierdzy Joannitów z wcześniejszymi korzeniami, które niedawno zaczęto odbudowywać/odrestaurowywać. Twierdza, jak wiele podobnych, pięknie położona i ze wspaniałymi widokami, a do tego z darmowym wstępem. Takich miejsc jest na wyspie więcej (Monolithos itp.), za wiele ciekawych pozostałości tam się nie znajdzie (choć może jest to kwestia że po Rodos i Lindos nie robią już takiego wrażenia), niemniej wielbicielom Joannitów, czy generalnie pięknych widoków można polecić ich obejrzenie.

Oczywiście na wyspie jest też kilka innych miejsc wartych odwiedzenia – niektóre z nich jak Dolina Motyli są jednak mocno sezonową atrakcją (motyle okupują to miejsce w dużych ilościach na przełomie lipca i sierpnia), a inne były na tyle odległe lub mało priorytetowe, że ich zwiedzanie pozostawiliśmy sobie na „za parę lat”.

Na koniec kilka uwag związanych z podróżowaniem. Wypożyczenie samochodu na 3 dni kosztowało nas 60 euro (najmniejszy dostępny model z klimatyzacją i fotelikiem dla dziecka gratis – w tym wypadku Chevrolet Matiz), ale oczywiście na własną rękę, bo przez biuro podróży czy hotel wszystko jest +50-100% drożej. Poza tym im bliżej szczytu sezonu tym drożej. Drogi nie są ani tak kręte, ani tak wąskie, ani też nad takimi przepaściami jak np. na Krecie. Niemniej jest to górzysta wyspa i nie ma co liczyć średniej przejazdu na 60 km/h. Zresztą nawet dobrą, raczej pustą drogą poza terenem zabudowanym na wybrzeżu nikt tam ponad 70km/h nie jedzie. Polecam dostosowanie się do tempa Greków – na wakacjach nie ma się gdzie śpieszyć.

Polacy na all-inclusive

Po raz pierwszy udało nam się pojechać na wakacje do większego hotelu z opcją all-inclusive (w sumie jako jedyną dostępną w tym obiekcie) i choć sądziliśmy że to jeszcze przed sezonem (przynajmniej przed wakacjami dla szkół) udało nam się natknąć na typ polskiego „turysty”, który w kameralnych hotelach i z wyżywieniem dwudaniowym bez drinków w poprzednich latach zdarzał się bardzo rzadko. Dalej będą pewne obserwacje pewnie trochę złośliwe...

Typowy polski „turysta” all-inclusive spędza swój urlop między basenem a barem. Najczęstszym tematem dyskusji Polaków przy basenie czy barze jest: gdzie komu zlazła skóra (my dla siebie i dziecka wzięliśmy krem z filtrem 50UV więc nie mieliśmy o czym gadać...). Wypady poza hotel czy na plażę generalnie ograniczane są do minimum (raz na wyjazd zrobić zdjęcia), choć oczywiście nie dotyczy to wieczornych wyjść „w miasto” żeby zrobić zakupy. Znamienna jest też zasłyszana przez nas rozmowa (przy barze) w której pewien Polak stwierdził, że „pojechał do Lindos z wycieczką z hotelu i zaspokoił głoda turystycznego na całe 2 tygodnie”. Oczywiście nie dziwiły nas już wtedy nawet wycieczki wracające z gigantyczną ilością toreb z zakupami (z logo Zary, H&M itp.).

To, że Polak, jeśli może mieć 5 posiłków dziennie z dowolną ilością dokładek, to bynajmniej ich nie przepuści, jest powszechnie wiadome, tak więc restauracja czy bufet lunchowy w godzinach otwarcia zawsze miały obłożenie. Prawdziwy Polak nie używa też żadnych barbarzyńskich języków obcych więc obsługa z grubsza też musiała rozumieć po naszemu. Jak to bywa w opcji all-inclusive drinki (czy piwo) w barze są raczej słabiutkie choćby po to, żeby pod wypalającym skórę słońcem napruci goście nie topili się w basenie, niemniej Polak i na to znajdzie sposób. Z posłyszanej rozmowy (zgadnijcie gdzie...) wynikało że najlepiej jest zamawiać nie drinki tylko 2x czystą +colę, po czym zlać czystą do jednej szklanki i dolać troszkę coli, żeby miało jakiegoś kopa. Na szczęście Polacy bardziej moczyli się niż pływali (dzięki temu więcej było miejsc dla nas:), choć codzienny meczyk piłki wodnej (w płytkiej części basenu) pełen był przepitego rechotu i dynamizatorów werbalnych (zwanych także polskim przecinkiem). Może dlatego Czesi czy nawet Rosjanie nie przyłączali się do gry...

Svean (Marek Swędrak)

Re: Rodos z dzieckiem hotel Delfinia Kolymbia (Kolympia) | 2010-10-03 14:08:13 | ~tomasz

w sumie bardzo dobry i pomocny artykuł , wybieramy się właśnie z maluszkiem na podobny wyjazd , razi tylko mały kompleks narodowościowy autora , którego pozdrawiam

Re: Rodos z dzieckiem hotel Delfinia Kolymbia (Kolympia) | 2011-02-24 14:49:12 | ~pijotrek

artykuł ok, ale faktycznie autor troche się chyba wstydzi, że jest polakiem lub zazdrosicł, że inni rodacy po prost8u korzystaja z tego co opłacili. Gorszymi turystami sa Anglicy( jak popiją to jest masakra:)), NIemcy.Ja w tym hotelu najcześciej słyszałem głos menedzera , który wyzywał obsługę,...

Re: Rodos z dzieckiem hotel Delfinia Kolymbia (Kolympia) | 2011-06-12 23:13:35 | ~Jan

dziekuje za tak szczegolowy artykul, na pewno ulatwi pobyt. lecimy w okolice lindos wlasnie (hotel lindos proncess) w koncowce sierpnia - byc moze rowniez skusze sie na taki opis naszej wyprawy, pozdrawiam!

Re: Rodos z dzieckiem hotel Delfinia Kolymbia (Kolympia) | 2011-06-15 14:06:15 | ~Turysta - wczasowicz

Dzięki za artykuł, naprawde bardzo pomocny.My wybieramy sie z 10 miesięcznym synkiem w połowie czerwca do tego samego hotelu..
Pytanie tylko czy trzeba brać jakieś zabawki dla małego czy są na miejscu?

Re: Rodos z dzieckiem hotel Delfinia Kolymbia (Kolympia) | 2011-06-30 12:11:41 | ~Katarzyna

Witam.
Właśnie wróciłam z dwutygodniowego pobytu w hotelu Delfinia - pobyt 13-27.06.2011.
Oto moje spostrzeżenia. Po pierwsze 40% gości to Rosjanie, następne 35% to Czesi, Słowacy, 25% Polacy. Polacy zachowywali się jak najbardziej stosownie, bardziej głośni byli Czesi, Słowacy. Większość gości...